Światełko w tunelu, czyli "Feblik"

                Cykl literacki Jeżycjada wychował co najmniej trzy pokolenia polskich kobiet. Ja sama skrzętnie kompletowałam wszystkie części, które stanowią ozdobę mojej prywatnej biblioteki, często wydając horrendalne sumy na kolejne książki (nie tylko te wchodzące w kanon ). Wiele moich życiowych wyborów motywowałam tym, czego nauczyłam się cyklu autorstwa Małgorzaty Musierowicz. Dziś, oczywiście, przeklinam wiele z nich (np. wybranie kierunku studiów), jednakże Jeżycjada na stałe zagościła w mojej codzienności. No, trudno.
                
Trudno jednak nie ulec wrażeniu, że od lat dwutysięcznych z sagą o poznańskiej rodzinie zaczęło dziać się coś niedobrego. Liczne wtręty polityczne, wszechobecny snobizm kulturalny, krytyka feminizmu, i wiele innych sprawiało, że odczuwałam pewien niesmak. Bohaterowie, niegdyś sympatyczni, poprzez wybory autorki stali się odpychającymi monstrami. Ale tak to już jest, gdy wydawnictwo nie dostrzega wielu wad, licząc same zyski. A Małgorzata Musierowicz wraz z jej Jezycjadą stała się dla Akapit Pressu kurą znoszącą złote jaja. Nie pomógł też fakt zmiany redakcji, którą to teraz zajmuje się córka autorki. A wiadomo jak to z rodziną jest – matce, która odniosła ogromny sukces w dziedzinie literatury dla młodzieży błędów wytykać nie wypada. Co negatywnie wpływa na jakość ostatnich książek Musierowicz.
                
Wstyd się przyznać, ale człowiek jednak zawsze czeka z nadzieją na kolejny tom Jeżycjady

      Mimo to posłusznie wydawałam moje pieniądze, bo jakoś tak mi głupio przerwać kolekcjonowanie cyklu, zwłaszcza że na półce stoi ponad dwadzieścia pozycji poznańskiej autorki. Przemilczę już aspekt omawianej i recenzowanej na wielu forach McDusi czy Wnuczki do orzechów. Jakie one były – kto przeczytał, ten niestety wie. Wczoraj jednak zachęcona promocją (brawo Matras!) zakupiłam najnowsze dzieło Musierowicz, mianowicie Feblika. Wcześniej, oczywiście, zapoznałam się w Internecie z opiniami czytelników. Nie były zachęcające. Po lekturze Feblika zaczynam się  wręcz zastanawiać, czy aby krytycyzm wobec tzw. Neo Jeżycjady nie jest troszkę na wyrost. Tak jakoś nam wszystko zgrzytało, że zaczęliśmy dostrzegać li i jedynie negatywy. A szkoda, bo Feblik jakoś tam się broni. Nie jest wybitny, ale w porównaniu z tym co autorka serwowała nam do tej pory, jest miłą odmianą.
                Po lekturze spisałam sobie plusy i minusy Feblika. I wiecie co? Aż dziw bierze, ale one się równoważą! No to do dzieła:

Plusy:
  • ·  Rozpoznanie realiów. Serio, w poprzednim tomie mieliśmy uwierzyć, że pracująca jako pielęgniarka w norweskim szpitalu matka nie jest w stanie materialnie pomóc swojej rodzinie? Na Jowisza! Przecież to w Polsce można i za dwadzieścia złotych kupić dziewczynie sukienkę, a we Wnuczce do orzechów bohaterka śmiga w jednej, przykrótkiej już części garderoby, bo nie ma pieniędzy. W Febliku aż tak rażącego błędu nie ma. Kilka wpadek (oblanie egzaminów na prawo) nie jest tragedią (choć wypominam tutaj pracę redakcji), a bohaterka chodzi w jednej sukience, gdyż niespodziewanie została wyrwana z własnego domu.

  • ·   Ewolucja Ignacego Grzegorza Stryby. Nareszcie miągwa trochę wydoroślał, i nie sprawia wrażenia cofniętego w rozwoju socjopaty. Nawet i zażartować potrafi, i nie słucha już tak obsesyjnie nakazów rodziców. Niektórzy zarzucają mu w tym tomie seksizm, ale czy już nic nikomu nie mówi termin: mowa pozornie zależna?

  • ·        Ciepło Borejków. Już nie takie wynaturzone jak w poprzednich częściach. Rodzice się martwią o swoje dzieci, ale nie można tego podciągnąć do niezdrowej manii polegającej na inwigilacji (Czarna polewka). Ida znika z mężem w lesie, i bardzo dobrze wiemy co tam robią. Rojkowie całują się popołudniu w łóżku, na czym przyłapuje ich syn. Borejkowie zstąpili niebios, i powrócili do bardziej ludzkiego żywota. Ciepło powróciło także do dialogów. Bardzo podobała mi się rozmowa o trudności w modlitwie, którą to strasznie obsmarowano już na forum. Otóż ja, jako ateistka, nie widzę w tym nic złego, że członkowie wierzącej rodziny rozmawiają o Bogu oglądając przepiękne zjawisko perseidów. Oni sobie to tłumaczą cudownym działaniem Wszechmogącego. No, i też fajnie. Starożytnych Greków nikt nie ocenia, że wszelkie zjawiska przyrodnicze tłumaczyli sobie poprzez mity, to i Borejkom dajmy taką swobodę.

  • ·     Mały plusik, ale w perspektywie nowszych tomów ma znaczenie: ostatnia scena z udziałem Ignacego Borejki. Przez ostatnie lata bohater ten stał się upierdliwym wrzodem na tyłku, intelektualnym snobem, nudzącym oratorem, ostatnim mężem stanu, obrońcą cnót rodzinnych. Na każdą okazję miał w podorędziu jakiś stosowny cytat, i nie omieszkał stosować wtrętów o charakterze moralizatorskim. Dodatkowo obsesyjnie interesował się życiem uczuciowym wnuków (kolejny raz: Czarna polewka), a Ignacego Grzegorza traktował chyba jako autorski eksperyment wychowawczy. Dlatego cieszy, że w ostatniej scenie przypomina dawnego ojca Borejkę, który notorycznie mylił imiona absztyfikantów swoich córek, i tracił kontakt z rzeczywistością:

- Poznajcie (…) moją narzeczoną.
- Ależ znamy ją – powiedział dziadek, spoglądając ze zdziwieniem. – Przedstawiłeś nam ją w niedzielę. Urocza.
-(…) ale nie była jeszcze moją narzeczoną. A teraz jest.
-Aha. To przyjemne. Stwarza miłą perspektywę.  – rzekł dziadek z aprobatą.
Szkoda tylko, że mam wrażenie, iż postać Ignacego nie doczeka kolejnych historii. Jednakowoż to bardzo miłe, że na pożegnanie jego postać uległa rehabilitacji w naszych oczach

Ilustracja M. Musierowicz: Gruba Pulpecja. Bardzo gruba. Tak gruba, że nie może się dopiąć pasem w aucie. I ledwo mieści się w ubrania. Najgrubsza osoba jaką w życiu widziałam. Serio, serio.

Minusy:
  • ·         Zbyt krótkie odstępstwa czasu. Od pewnego czasu akcja powieści Musierowicz opisywana jest dzień po dniu. Nie brakuje więc w niej dynamiki, jednak zabieg ten sprawia, że fabuła traci na wiarygodności. Jakże tęskno za czasami Szóstej klepki, Kłamczuchy, Kwiatu kalafiora i innych, gdzie akcja nabrzmiewała powoli, w odstępach czasowych, dojrzewając do momentu kulminacyjnego. W przypadku Feblika (jak i innych części) nie zdaje to egzaminu: ciężko uwierzyć, że po trzech dniach od ponownego spotkania, para nastolatków się zaręcza. Never been there, never seen that chciałoby się rzec.

  • ·  Światopoglądowe wtręty. Nie zabrakło i ich. Borejkowie wciąż biadolą nad upadkiem obyczajów, zdziczeniem społeczeństwa oraz nad Rządem (rok 2013 – rządy PO). Sami nie robiąc nic. Zamykają się w szczelnej twierdzy, wycofując się z życia społecznego. A przecież tak przedstawiciele inteligencji nie postępują, to metody znienawidzonego mieszczaństwa z drugiej połowy XIX wieku. Nie tędy więc droga. Dodatkowo symptomy dotyczące domniemanego upadku cywilizacji są błędne i wyssane z palca. Nie tędy droga, Borejkowie!

  • ·     Przedstawienie patologii. Jedna z głównych bohaterek Feblika pochodzi z rodziny patologicznej. Ale Małgorzata Musierowicz chyba niczym Borejkowie zbyt szczelnie obwarowała się książkami w obronie przed upadkiem cywilizacji, bo patologii chyba nie zna. Matka bohaterki jest samotna, nie lubi mężczyzn, bo została przez nich oszukana. Jest więc zraniona. I od czasu do czasu pije alkohol. Owszem, awanturuje się z córką, ale jej nie bije. Agnieszka nie musi zeskrobywać nieprzytomnej matki z ulicy. Matka nie wyprzedaje sprzętów domowych, przez co żyją w coraz gorszej melinie. Matka bohaterki jest na życiowym zakręcie i sobie popija. I córka, zamiast jej pomóc, zaręcza się, by jak najszybciej i bez ostrzeżenia uciec z tak bardzo patologicznego domu. No chyba nie.

  • ·    Ilustracje. Małgorzata Musierowicz skończyła poznańską ASP, i często się tym chwali. To znaczy: zawsze. I sama ilustruje kolejne tomy Jeżycjady. Jednak czyni to niekonsekwentnie: raz ilustracje są stylizowane na naiwne rysunki, a raz są artystyczne obrazy. Bohaterowie z tomu na tom stają się coraz bardziej podobni do nikogo, a większa część tej pracy wygląda jak nakreślona na kolanie (i nie, nie chodzi tu o wspomnianą wcześniej stylizację). Albo autorka zacznie konsekwentnie i przemyślanie tworzyć spójną całość, albo kolejne jej książki zamienią się w potworki już nie tylko w warstwie fabularnej.


Ewolucja Gabrieli Stryby. Prawie jak w Pokemonach. Dieta zmieniająca rysy twarzy i sylwetki.
Bonus: zdjęcie przedstawia fakt, na jakiej jakości papierze Akapit Press drukuje sagę o Borejkach


I to by było na tyle. Myślę, że Jeżycjada lekko odbija się od dna, na którym znalazła się w latach dwutysięcznych. Ale w sumie z rozkapryszoną ostatnio autorką nigdy nic nie wiadomo, a jeden Feblik wiosny nie czyni. Czekamy więc na kolejny tom, Ciotka zgryzotka,  kiedy znowu trzeba będzie wydać horrendalną (jak na poziom redakcji i ilustracji) sumę, która trafi do kieszeni właścicieli wydawnictwa Akapit Press.

Komentarze

  1. Utożsamiam się z wieloma rzeczami, o których piszesz! I też mam wrażenie, że podejmowałam niektóre decyzje życiowe pod wpływem książek MM. I też jestem polonistką ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej! Dziękuję za słowo wsparcia!
      I przepraszam za zwłokę w odpowiedzi. Jakoś mi z blogiem było nie po drodze ostatnio ;)
      Pozdrawiam

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty